PESEL przed pierwszą rozmową? Skan dowodu 'do przygotowania umowy', choć nikt jeszcze nie zaproponował pracy? W tym momencie kandydat powinien zatrzymać proces i sprawdzić, kto naprawdę stoi po drugiej stronie.
Ogłoszenie może wyglądać całkowicie wiarygodnie. Oszust wykorzystuje nazwę prawdziwej firmy, kopiuje opis stanowiska i prowadzi rozmowę tak, jak zrobiłby to zwykły rekruter. Dopiero później pojawia się prośba o PESEL, skan dowodu, przelew lub polecenie uzupełnienia danych w nieznanym formularzu.
Znasz to uczucie, gdy po godzinie 14:00 wskazówki zegara zdają się zwalniać, a proste zadania biznesowe wymagają nadludzkiego wysiłku? Spadek energii, senność i wzrok uciekający w stronę zegarka czy ekranu smartfona to codzienność w wielu firmach. Większość menedżerów upatruje przyczyn w przepracowaniu lub braku snu u pracowników. Tymczasem najnowsze badania z zakresu ergonomii pracy wskazują na znacznie prostszego - i łatwiejszego do wyeliminowania - winowajcę.
Dobrze zorganizowane stanowisko pracy wpływa na wyniki bardziej, niż często zakładają managerowie. Kiedy pracownik nie szuka ładowarki, nie plącze się w kablach i ma pod ręką najpotrzebniejsze akcesoria, pracuje szybciej, spokojniej i z mniejszym obciążeniem poznawczym. Zamiast tracić energię na drobne przeszkody, może skupić się na zadaniach. To szczególnie ważne w modelu hybrydowym, gdzie biuro powinno wspierać rytm dnia, a nie go komplikować.
Kolejny kubek do kawy, notes czy drobiazg biurowy zwykle nie wywołują już większych emocji. Gdy wybierasz prezent dla działu HR, lepiej postawić na coś, co pozwala naprawdę docenić zaangażowanie osoby odpowiedzialnej za ludzi, atmosferę i zasoby ludzkie. Dobry upominek dla pracownika HR może być symboliczny, ale nie powinien sprawiać wrażenia przypadkowego. Liczą się wysoka jakość, estetyka oraz jasny komunikat: widzimy Twoją pracę i chcemy to pokazać.
ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA
Bądź na bieżąco z rynkiem pracy
Wysyłając formularz akceptujesz regulamin
Grozi nam zamknięcie oddziałów w szpitalach. Jak wynika z danych Naczelnej Izby Lekarskiej po zaświadczenia, niezbędne do podjęcia pracy za granicą zgłosiło się już 13 procent anestezjologów, 5 procent chirurgów ogólnych, 2 procent kardiologów i ponad 2,5 procent specjalistów z zakresu chorób wewnętrznych.
Anestezjolodzy, chirurdzy, ginekolodzy, radiolodzy - to jedne z najbardziej poszukiwanych zawodów. Szefowie szpitali alarmują: Niedługo z braku specjalistów będziemy musieli zamykać oddziały. Rząd tym się nie przejmuje. Jego członkowie w razie potrzeby i tak mają zapewnioną świetną opiekę medyczną, a winę za brak specjalistów zawsze mogą zrzucić na tych złych, którzy uciekli z kraju. Za małe pieniądze, za niskie limity, za duże długi - do tego typu narzekań dyrektorów szpitali każdy chyba zdążył już przywyknąć. Choć powtarzają je od lat, to jednak, jakimś cudem ciągle udaje im się przetrwać. Mało tego: ciągle leczą i już od dawna - przynajmniej w naszym województwie - nie przestali tego robić z powodu kilkudniowego strajku. Nic dziwnego, że rządzący jeszcze nigdy nie wzięli się na poważnie za problemy w służbie zdrowia. Bo skoro działa, to po co ją ruszać? Owszem mówią o planowanych reformach, ale każdy - kto choć trochę zna się na temacie - wie, że nie o to chodzi.
Efekt? Teraz, kiedy szefowie szpitali mówią o brakach w kadrze lekarskiej, rząd reaguje podobnie. Pozoruje działanie. Ale akurat w tym przypadku to może nie wystarczyć. Bo tu nie chodzi o publiczny szpital, który udźwignie każdy ciężar zadłużenia, nie chodzi nawet o pacjentów, którzy przyzwyczaili się już do miesięcznych kolejek i potrafią naprawdę wiele wybaczyć naszej służbie zdrowia. W przypadku braku specjalistów źródło problemu leży w prywatnej kieszeni każdego lekarza. A dokładnie w tym, jak jest ona co miesiąc zasilana. Dopóki nadal będzie to kwota sześciokrotnie mniejsza niż w Anglii, Niemczech czy Norwegii nie mamy liczyć na to, że cokolwiek się zmieni na lepsze. Dokładając do tego problemy ze szkoleniem młodych lekarzy, nie można mieć wątpliwości: czeka nas katastrofa.
A tą już powoli widać. Waldemar Kwaterski, szef szpitala w Sejnach od kilku miesięcy bezskutecznie poszukuje anestezjologa, radiologa i ginekologa. - Proponuję naprawdę dobre pieniądze, sam nawet dzwoniłem z tą ofertą po różnych szpitalach w Polsce. Ale nikogo nie znalazłem - mówi Waldemar Kwaterski. Teraz na ginekologii ma tylko dwóch specjalistów. Wystarczy, że jeden z nich odejdzie, a trzeba będzie zamknąć oddział, bo nie będzie spełniał wymagań Narodowego Funduszu Zdrowia.- Dwóch specjalistów na oddziale to absolutne minimum. To są nasze podstawowe kryteria podczas zawierania umów ze szpitalami - wyjaśnia Grzegorz Łojewski, wicedyrektor podlaskiego NFZ ds. medycznych. Podobna sytuacja jest w innych małych szpitalach. W Dąbrowie Białostockiej brakuje pediatrów, w Sokółce - rehabilitantów, w Łapach -ginekologów.
- Moje ogłoszenie w izbie lekarskiej pewnie już całkiem pożółkło. Ale co mam zrobić? Nie mogę kusić lekarzy wysoką pensją, bo mnie na to po prostu nie stać - rozkłada ręce Bogdan Kalicki, dyrektor szpitala w Łapach. Dlaczego brakuje lekarzy? Bo większość z nich wyjechało. Jak wynika z danych Naczelnej Izby Lekarskiej po zaświadczenia, niezbędne do podjęcia pracy za granicą zgłosiło się już 13 procent anestezjologów, 5 procent chirurgów ogólnych, 2 procent kardiologów i ponad 2,5 procent specjalistów z zakresu chorób wewnętrznych.
Bo nad czym tu się zastanawiać. Tu, żeby zarobić trzy tysiące złotych muszę tyrać na etacie w szpitalu, wziąć co najmniej pięć dyżurów i jeszcze dwa razy w tygodniu być w prywatnej poradni. W Anglii z pocałowaniem rączki dają mi jakieś osiem tysięcy złotych miesięcznie za osiem godzin pracy dziennie. Weekendy oczywiście mam wolne - mówi jeden z lekarzy, który właśnie szykuje się do wyjazdu. Takich jak on jest dużo więcej. Jak wynika z ankiety, przeprowadzonej przez portal 'Medycyna Praktyczna' możliwość wyjazdu za granicę rozważa do drugi lekarz specjalista. Zdecydowany na wyjazd jest co piąty. - Młodzi lekarze na rezydenturach tylko przebierają nogami, żeby jak najszybciej skończyć specjalizację i wyjechać - przyznaje Ryszard Kijak, wiceszef Ogólnopolskich Związków Zawodowych Lekarzy.
Czy można ich zatrzymać? Tu nikt nie ma wątpliwości: jedyna szansa to podwyżki. I to nie takie, jak rząd planuje na jesieni. - Bo nawet jeśli wtedy z moich 1,6 tysiąca złotych brutto, które zarabiam nagle zrobi się dwa tysiące złotych, to ja i tak będę pamiętał, że na Słowacji taki sam lekarz jak ja dostaje równowartość pięciu tysięcy złotych - ocenia Ryszard Kijak. Nie ma wątpliwości: październikowe podwyżki nie rozwiążą problemu. Po sygnałach, jakie docierają z Warszawy, można wywnioskować, że rząd doskonale o tym wie. I dlatego szuka innych rozwiązań. Skoro dobrowolnie nie może zatrzymać lekarzy w Polsce, to rozważa jakby tu im zakazać wyjazdów.- Słyszałem o takich pomysłach - przyznaje prof. Jan Stasiewicz, szef Okręgowej Izby Lekarskiej w Białymstoku. I dodaje: - Nie sądzę jednak, że chodzi o wprowadzenie obowiązku odpracowywania studiów medycznych w Polsce. Jeśli już, to chodzi o specjalizację. Trwa ona od czterech do sześciu lat. W tym czasie lekarz pracuje w szpitalu jako rezydent, a pensję - około dwa tysiące złotych - płaci mu minister zdrowia. Teraz posłowie wpadli na pomysł, żeby zamiast pensji z resortu taki lekarz utrzymywał się z kredytu bankowego, który po skończeniu specjalizacji musiałby spłacić. I to właśnie miałoby uniemożliwić przyszłym specjalistom wyjazd za granicę.
Problem w tym, że na podobnej zasadzie można by wprowadzić opłatę za robienie doktoratu.- Dlatego uważam, że to sprawa bardziej plotkarska niż ustawowa. Działa na zasadzie odwrócenia uwagi. Po suszy trzeba wypłacić rolnikom odszkodowania, więc pewnie zabraknie na podwyżki dla lekarzy. A to właśnie one są najlepszym sposobem na zatrzymanie lekarzy - dodaje profesor Stasiewicz.
Skoro więc nie da się zatrzymać w Polsce lekarzy, którzy już zdobyli specjalizację, to może zacząć myśleć o tym, jak wykształcić ich więcej. Obecny system edukacji lekarskiej mocno kuleje. Nie gwarantuje bowiem wszystkim absolwentom studiów medycznych dostania się na wymarzoną pięcioletnią specjalizację. Tu miejsca są limitowane. Na każde województwo przyznaje je minister zdrowia.- Specjalizację można robić dwoma ścieżkami. Raz, będąc na rezydenturze, podczas której pensję przyszłemu lekarzowi wypłaca resort zdrowia; dwa - będąc na szpitalnym etacie. Jednak na obie ścieżki są limity - przyznaje Zdzisław Gołaszewski, wicedyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Białymstoku, który przyjął na etaty pięciu młodych lekarzy. Wszyscy będą się szkolić na anestezjologów.- A efekt tego jest taki, że osoba która akurat nie dostanie się na żadną specjalizację, nie ma szans na znalezienie pracy. Ostatnio zgłosiła się do mnie dziewczyna, po odbytym stażu i zdanym Lekarskim Egzaminie Państwowym. Nikt jej nie chce zatrudnić - opowiada Eugeniusz Muszyc, przewodniczący Podlaskiej Federacji Związków Zawodowych Pracowników Ochrony Zdrowia. Rząd problem widzi i nawet zapowiada pewne zmiany.
Ale czy mają one sens? Na wykształcenie jednego lekarza specjalisty musi wydać około 200 tysięcy złotych. A potem płacąc mu niecałe półtora tysiąca złotych miesięcznie, sprawia, że on myśli tylko o jednym: jak stąd wyjechać.
Anna Łubin
Kurier Poranny
18.08.2006
© 1998-2026 JOBS.PL SA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
